Layout by Raion

sobota, 5 lipca 2014

Rozdział 13

"Emocje, kaprysy i kłamstwa, fascynacja i gra
Uczucia i ich brak...
Dary, których nie wolno przyjąć...
Kłamstwo i prawda.
Czym jest prawda?
Zaprzeczeniem kłamstwa?
Czy stwierdzeniem faktu?
A jeżeli fakt jest kłamstwem, czym jest wówczas prawda?"
Andrzej Sapkowski

Ecila zostawiła torbę z książkami na nieposłanym łóżku i zeszła na dół. Z kuchni dochodził przyjemny zapach pieczonego kurczaka. Dziewczyna zatrzymała się w drzwiach i przez chwilę obserwowała mamę, która mieszała coś w garnku.
— Nie stój tak, Alice. Lepiej nakryj do stołu. Obiad zaraz będzie gotowy — powiedziała niecierpliwie Jane, odkładając łyżkę.
Nastolatka bez słowa podeszła do szafki i wyciągnęła z niej talerze, a następnie sztućce i szklanki. Wszystko to rozłożyła na stole.
— Weź jeszcze kompot — poleciła kobieta, a sama zajęła się nakładaniem jedzenia na talerz.
Ecila zauważyła, że mama jest jakaś nieswoja i podirytowana. Przyczyną tego mogły być kłopoty w pracy albo... coś innego. Tylko co? Dziewczyna ostatnio starała się nie kłócić z rodzicielką i unikać sytuacji, w których mogłaby się zdradzić. Dlatego sądziła, że powodem rozdrażnienia kobiety nie jest jednak ona.
Przy stole Jane milczała i niewiele jadła. Ecila zerkała na nią co chwilę, jednak w końcu zapytała:
— Coś się stało, mamo?
— Nie. Dlaczego?
— No... wydaje mi się, że jesteś smutna. Nic nie mówisz i mało jesz. Coś w pracy?
— Nie, nie. To nie praca, ale jestem trochę zmęczona. Nie musisz się o mnie martwić — powiedziała, uśmiechając się delikatnie do córki.
Kobiety jadły dalej w ciszy aż Jane odłożyła sztućce i oznajmiła:
— Rozmawiałam z twoim ojcem.
Widelec w dłoni Ecili zawisł w drodze do jej ust.
— Widziałaś się z tatą? Kiedy?
— Nie widziałam. Dzwonił dzisiaj i chciałby się z tobą spotkać w weekend. Mówił, że do ciebie zadzwoni dziś wieczorem.
No i się wyjaśniło — pomyślała Ecila.
— Nie mówił nic więcej? — zapytała dziewczyna, sięgając po szklankę.
— O szczegółach pewnie porozmawia z tobą. Spotkasz się z nim?
Ecila przyjrzała się mamie. Ostatnim razem tak się nie denerwowała. Ciekawe. Czyżby to była wina Amber Thorn?
Może myśli, że ojciec będzie chciał mnie do niej przekonać. W gabinecie dyrektorki nie wyglądały jakby pałały do siebie wielką sympatią.
— Dawno się nie widziałam z tatą — zaczęła nastolatka. — Dlatego myślę, że skoro chce się ze mną spotkać to... chyba dobrze.
— No tak — mruknęła Jane, wstając od stołu. — W końcu to twój ojciec.
— Mamo, czy ty nie chcesz, żebym się z nim spotkała?
— Macie prawo się ze sobą spotykać, a co ja chcę nie jest ważne.
— Mamo, co tata ci jeszcze powiedział? nalegała dziewczyna.
— Nic, córciu. — Jane uśmiechnęła się i szybko zmieniła temat. — Spotkałam dziś panią Warmth i prosiła, żebym cię zapytała czy nie udzieliłabyś dzisiaj po południu jej synowi korepetycji z matematyki. Pójdziesz do nich?
Ecila zmarszczyła brwi. Jej mama zachowywała się naprawdę dziwnie.
— Jeszcze niedawno nie chciałaś bym do nich chodziła.
— Nie. Nie chciałam i dalej nie chcę, żebyś zadawała się z ich starszym synem.
— Dlaczego? — zapytała buntowniczo Ecila.
Dziewczynie nie podobały się tajemnice matki. Wciąż jej czegoś nie chciała mówić.
— Bo nie chcę. Jeśli masz zamiar iść do państwa Warmth to lepiej się pospiesz —powiedziała Jane i wzięła się za sprzątanie ze stołu.
***
Christopher z cierpiętniczą miną wpatrywał się w otwarty zeszyt. Zadanie, które kazała mu rozwiązać Alice było trudne i chłopak mimo próśb nie mógł się doczekać pomocy.
— Już ci tłumaczyłam jak to zrobić. Mógłbyś trochę pomyśleć. Myślenie nie boli.
Dwunastolatek podniósł wzrok na siedzącą obok niego dziewczynę i westchną ciężko.
— Pomóż mi. Tylko kawałeczek, Al.
— Nie. Na sprawdzianie będziesz musiał robić takie zadania sam. Mnie tam nie będzie — powiedziała stanowczo nastolatka. — I nie gap się na mnie tylko na kartkę. Na czole nie mam napisanego rozwiązania.
Po kwadransie i kilku próbach Chris uśmiechnął się zadowolony i wykrzyknął:
— Koszt będzie mniejszy o dwadzieścia pięć procent!
Dziewczyna przeciągnęła się na łóżku i ze wzrokiem wbitym w sufit odpowiedziała:
— Nie. Próbuj dalej.
Christopher zacisnął usta i szybkim ruchem zamknął zeszyt, a następnie cisnął go przed siebie.
— Nie znoszę zadań tekstowych i procentów. Mam dość matematyki!
Był zdenerwowany, a jego złość podsycił śmiech brunetki, która usiadła prosto na łóżku i rzuciła chłopcu rozbawione spojrzenie.
— No i dlaczego się śmiejesz?!
— Bo jesteś zabawny.
— To nie jest zabawne. Miałaś mi pomóc, a nie leżeć i się ze mnie śmiać — odezwał się obrażony.
— Śmieje się, bo jesteś głupi i zachowujesz się jak rozkapryszone dziecko, które z niczym nie potrafi sobie poradzić. A gdybyś bardziej uważał na lekcjach to nie musiałabym tu z tobą siedzieć. To naprawdę idiotyczne. Potrafisz przechodzić kolejne poziomy gry i zabijać jakieś stwory, a nie umiesz obliczać procentów.
— Wcale nie jestem głupi. To ty jesteś głupia!
— Lepiej idź i podnieś zeszyt — poleciła siedemnastolatka, a niedawne rozbawienie zupełnie znikło z jej głosu.
— Nie — zbuntował się Chris, zakładając ręce na piersi.
— Świetnie. W takim razie wracaj do swojego świata gier. Zobaczymy co będzie na sprawdzianie.
Chłopak zacisnął pięści i poczuł, że na policzkach rozlewa mu się rumieniec złości. Bez słowa wpatrywał się w twarz Alice aż w końcu powiedział:
— Wolałem jak byłaś blondynką. Wtedy byłaś dla mnie milsza. Teraz cię nie lubię i nie chcę, żebyś mnie uczyła.
— Tobie to chyba nic nie pomoże. Nawet jakbyś wsadził całą głowę do wiadra z farbą.
— Spadaj, Al.
— Już idę. Powodzenia w nauce matematyki, Chris — odparła brunetka, uśmiechając się ironicznie.
— Poradzę sobie. Jeszcze zobaczysz.
Ecila z ulgą wyszła na korytarz. Miała już serdecznie dość tego durnego dzieciaka, który wciąż tylko jęczał i nie potrafił przez chwilę samodzielnie pomyśleć. Podejrzewała, że matka Christophera nie będzie zadowolona, kiedy usłyszy o postępach w nauce chłopca, a raczej ich braku, ale w końcu to nastolatka była tutaj korepetytorką i zawsze może próbować przekonywać Laurę o swoich staraniach.
Schodząc na dół, dziewczyna rozglądała się dyskretnie w nadziei, że zobaczy gdzieś Matthew. W końcu po to tu przyszła. Jednak widocznie szczęście jej dzisiaj nie dopisywało, bo jak na złość, dziewiętnastolatek nigdzie nie chciał się pokazać.
I wtedy usłyszała szczekanie psa, a po chwili zobaczyła biegnącego w jej stronę retrievera. Czworonóg usiadł u jej stóp, przy okazji zamiatając podłogę puchatym ogonem.
— Cześć, Tajfun — przywitała się z psiakiem Ecila, a następnie spojrzała w stronę salonu, z którego wybiegło zwierzę. — Gdzie twój pan?
Brunetka pochyliła się z zamiarem pogłaskania psa po łbie, ale Tajfun odsunął się i szczeknął, jak się wydawało dziewczynie, w wyrazie protestu.
— Daj spokój, piesku. Nie poznajesz mnie? No chodź.
Zwierze podeszło ostrożnie i powąchało wyciągniętą dłoń, a później warknęło cicho.
On wie — pomyślała Ecila i cofnęła się. — On wie, że nie jestem Alice.
Ciemnobrązowe oczy czworonoga patrzyły na nią nieufnie. Było jasne, że uważał ją za kogoś obcego.
— Alice?
Nastolatka podniosła wzrok i zobaczyła idącego w jej stronę Matthew. Chłopak uśmiechnął się do niej i po chwili stanął obok psa, który trochę uspokoił się, czując bliskość właściciela.
— Matt, miło cię widzieć — odezwała się Ecila.
— Prawie cię nie poznałem. Korepetycje skończone?
Brunetka czuła na sobie intensywne spojrzenie dziewiętnastolatka, a jej mózg pracował na pełnych obrotach. Na górze siedział obrażony dzieciak, który dalej nie rozumiał tematu, a kilka kroków przed dziewczyną nieprzyjaźnie nastawione psisko. Trzeba było jakoś z tego wybrnąć.
— Obawiam się, że to nie jest dobry dzień na korepetycje — zaczęła ostrożnie nastolatka, decydując się na półprawdę.
— To znaczy?
— Ech... Po prostu Chris dziś nie może za bardzo się skupić, a i mnie brakuje cierpliwości, by z nim siedzieć. Wciąż myślę o... zresztą nieważne. Twoja mama nie musi mi za dzisiaj płacić.
— Masz jakieś problemy?
Ecila uśmiechnęła się lekko, słysząc troskę i zaniepokojenie w głosie Matthew. Może zdobycie go nie będzie takie trudne jak wcześniej myślała.
— Nic wielkiego, ale jestem trochę poddenerwowana i przez to niepotrzebnie pokłóciłam się z Chrisem.
— Nie martw się tak. Chris czasem bywa nieznośny.
— Ale to jeszcze dziecko, a ja powinnam go nauczyć tych głupich procentów. Po to tu przyszłam. A co zrobiłam? Posprzeczałam się z dwunastolatkiem.
Ecila westchnęła ciężko i pokręciła ze zrezygnowaniem głową.
— Widzisz? Jestem beznadziejna. Przyszłam tu i nie dość, że nie potrafiłam dogadać się z Chrisem to jeszcze zadręczam cię takimi głupotami. No i nawet nie zapytałam co u ciebie.
— Jak chcesz to mogę cię odprowadzić do domu i opowiedzieć przy okazji co u mnie. A młodym się nie przejmuj. On się uspokoi, ty odpoczniesz i się pogodzicie. To jak?
— Zgoda — powiedziała nastolatka, uśmiechając się do blondyna.
— A ty, piesku? No co? Chcesz się z nami przejść? zwrócił się do czworonoga Matt.
Kiedy Tajfun zobaczył, że dziewczyna robi mały krok do przodu zawarczał cicho i uciekł do kuchni. Matthew zmarszczył brwi i ze zdziwieniem obserwował zmykającego pupila.
— A jemu co się stało?
— Jak widać nikt dziś nie może ze mną wytrzymać — zażartowała brunetka.
— Ja jeszcze nie zwiałem.
— Jeszcze — podkreśliła Ecila i skierowała się do wyjścia, licząc na to, że nie spotka nigdzie pani Warmth.
— Spokojnie możesz wykreślić słówko „jeszcze”. — Uśmiechnął się Matt. — A Tajfun pewnie cię nie poznał przez ten nowy kolor włosów.
— Pewnie tak. A może wyczuł farbę i mu się nie spodobał ten zapach?
— Bardzo możliwe — zgodził się blondyn, otwierając furtkę i przepuszczając nastolatkę.
— Dzięki — mruknęła i szybko zmieniła temat. — No to, co tam u ciebie słychać? Jak zespół?
— Dobrze. W następny weekend gramy koncert.
— Gdzie i kiedy dokładnie?
— W sobotę o dwudziestej w klubie „Bloody Mary”.
— Zabójcza nazwa.
Matthew roześmiał się i niby od niechcenia zapytał:
— Może przyjdziesz?
— Może — Uśmiechnęła się Ecila i wzruszyła ramieniem.
— Może? A może dasz znać, kiedy będziesz pewna?
— Może dam — zaśmiała się nastolatka i odrzuciła do tyłu ciemne loki. — Ale najpierw ty musisz dać mi swój numer.
Chłopak zatrzymał się i zaczął grzebać w kieszeni spodni.
— Jasne, już ci daję. — Uśmiechnął się nerwowo, jakby zawstydzony, że zapomniał o tak oczywistej rzeczy.
A może nie to wprawiło go w zakłopotanie? — zastanawiała się Ecila. — Może myśli, że ja go podrywam albo on próbuje mnie poderwać i stąd to zaproszenie? Czyżby był aż tak nieśmiały? Sprawdzimy.
Kiedy dziewczyna miała już zapisany w telefonie numer do Matthew, zagadnęła:
— Nie wiesz czy Ann też przyjdzie?
— Nie wiem, ale pewnie tak. Wydaje mi się, że ona i Felix ze sobą kręcą.
— Widziałam ich razem na urodzinach Ann. I nie tylko ich. Znasz może Alexandrę? Taką ciemnowłosą dziewczynę w glanach. Mówiła, że się znacie.
— Alex? Poznałyście się? Nawet nie miałem pojęcia, że tam była — powiedział Matt zaskoczony i Ecili wydawało się, że zbladł. — Co... co o mnie mówiła?
— Właściwie to nic specjalnego — skłamała siedemnastolatka.
— Tak?
— Nic czego bym o tobie nie wiedziała wcześniej.
— To znaczy?
— Zaskoczyłeś mnie, kiedy nagle pojawiłeś się na urodzinach. Ann nie mówiła, że przyjdziesz, ale później dowiedziałam się dlaczego tam byłeś — zaczęła dziewczyna, nie odpowiadając wprost na pytanie blondyna. — Przykro mi, że rozstałeś się z Robertem.
Na pobladłej twarzy chłopaka nagle pojawił się rumieniec.
— Wiedziałaś, że spotykałem się z Robertem?
— Tak. Widziałam was kiedyś razem. Wyglądaliście na szczęśliwych.
Ecila obserwowała jak Matthew zaciska usta i spuszcza głowę. Była ciekawa co myśli.
— Nie wiedziałem, że wiesz — wykrztusił w końcu.
— Daj spokój, Matt. To, że wolisz chłopaków nie ma znaczenia. Nie jestem jakimś homofobem.
Brunetka doskonale udawała dobrą przyjaciółkę, licząc na to, że Matthew w przypływie jakiejś desperacji zrobi krok, dzięki któremu będzie mogła ocenić czy ona mu się podoba czy nie.
— Nie jestem gejem — powiedział cicho, nie patrząc dziewczynie w oczy.
— Jestem twoją koleżanką i nie przeszkadza mi to kim jesteś — zapewniła łagodnie.
— Nie rozumiesz. Ja naprawdę nie jestem gejem.
— Jasne, że nie jesteś. W końcu Alex była twoją dziewczyną.
Matthew w końcu spojrzał na nastolatkę. Jego niebieskie oczy wyrażały zdumienie. Stał tak przez chwilę zdziwiony z rozchylonymi ustami aż rumieńce na jego twarzy zbladły.
— To też wiesz?
— Alex mi powiedziała, że byliście kiedyś razem. No cóż... To, że nie chcecie się nawzajem pozabijać dobrze o was świadczy.
Blondyn stał nieruchomo, więc Ecila stwierdziła, że na dzisiaj wystarczy gnębienia biednych chłopców i otworzyła furtkę.
— Dziękuję za odprowadzenie mnie i za zaproszenie na koncert. Zadzwonię do ciebie i dam ci znać.
— Nie ma za co — wymamrotał Matt, który chyba zdążył się w końcu pozbierać.
— No to... do zobaczenia.
— Do zobaczenia, Alice.
Ecila uśmiechnęła się ciepło i odeszła w kierunku domu.
***
Brunetka z niechęcią wpatrywała się w stos książek i zeszytów, leżących na biurku. Zostały jej jeszcze do odrobienia dwa zadania z matematyki, jedno z angielskiego i przeczytanie następnego tematu z biologii.
Boże, jak się tej Alice to wszystko chciało robić — zastanawiała się Ecila, która chętnie spisałaby pracę domową od Ruby, gdyby tylko leżało to w zwyczajach blondynki. Ale nie, Alice była nadzwyczaj obowiązkowa i nie posunęłaby się do wykorzystywania przyjaciółki. A bez przygotowania dziewczyna też nie mogła pokazać się w szkole.
— Cholera jasna — mruknęła do siebie, z cierpiętniczą miną zabierając się do rozwiązywania zadania z matematyki.
Po godzinie i kilku przekleństwach Ecila opadła na łóżko, oddychając z ulgą. Zrobiła! Praca domowa odrobiona. I wtedy ni z tego ni z owego przypomniała sobie o Victorii. Dzisiaj była w szkole, ale unikała jej jak ognia. Nie zbliżała się do niej, nie odzywała się do niej, nawet do jej koleżanek, a co więcej, nie patrzyła nawet w jej stronę. A przynajmniej próbowała. Oczywiście, wraz z pojawianiem się Victorii w szkole odżyły plotki, ale i te blondynka postanowiła ignorować.
Muszę z nią porozmawiać — pomyślała Ecila. — W końcu zależy nam na tym samym. Tylko powinnam wybrać dobry moment, a wtedy na pewno...
W pokoju rozbrzmiał dźwięk telefonu. Brunetka z jękiem protestu podniosła się i wygrzebała komórkę z torby.
— Cześć, tato — odebrała, uprzednio zerkając na wyświetlacz.
— Cześć, córeczko. Co słychać?
— Wszystko dobrze — odpowiedziała Ecila, siadając z powrotem na łóżko.
— A w szkole?
Nastolatka zerknęła na porozrzucane po biurku książki i skrzywiła się na wspomnienie tych wszystkich nudnych i jej zdaniem bezsensownych prac domowych jakie ostatnio odrabiała.
— Też dobrze.
— Tak? Ostatnio słyszałem, że miałaś jakieś kłopoty. Pobiłaś się z koleżanką.
— Tak? A to ciekawe. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek biła się z koleżanką — odezwała się poirytowana Ecila, podkreślając słowo „koleżanka”.
— Alice — usłyszała karcący głos ojca.
— No co? To nic wielkiego. Mama nie musiała ci o tym opowiadać — powiedziała urażona.
— Nie usłyszałem tego od Jane.
— Jak nie od mamy to od kogo? — zapytała Ecila, ale doskonale znała odpowiedź. Była tylko ciekawa czy jej ojciec wyda swoją nową dziewczynę.
— Aniołku, naprawdę nie chcę się z tobą kłócić — zaczął łagodnie. — Co się stało to się stało. Nie mówmy teraz o tym. Właściwie to chciałem cię zaprosić na weekend. Dawno się nie widzieliśmy, a twój stary ojciec zdążył się stęsknić za swoją jedyną córeczką.
Dziewczyna przewróciła oczami na tak jawny i beznadziejny sposób ułaskawienia jej. Czyżby własny ojciec uważał ją za idiotkę? No cóż, chyba dla dobra sprawy powinna udać, że jednak jest kompletnie głupia i dała się nabrać na takie tanie sztuczki.
— Ja też się za tobą stęskniłam, tato — odezwała się, przybierając miły ton głosu. — A co będziemy robić?
— Co tylko chcesz — zapewnił Thomas z ulgą.
Brunetka uśmiechnęła się do siebie. Musiała przyznać, że mimo wszystko na każdym spotkaniu starał się być dobrym i kochanym ojcem. Nie raz zabierał Alice do kina, teatru, na kolacje, wesołego miasteczka, zakupy, na basen, oglądali filmy, a nawet raz piekli razem szarlotkę z cynamonem – ich ulubione ciasto.
— Dobrze — odparła Ecila z radością w głosie. — Już jutro piątek, więc pomyślę i zadzwonię jutro po południu.
— Cieszę się, że się zobaczymy.
— Ja też — zapewniła szybko i zapytała jeszcze. — Ale Amber nie będzie, prawda?
W słuchawce zapadła cisza. Brunetka czekała w napięciu. Liczyła, że uda jej się spotkać z tą kobietą i może coś wskórać.
— Nie, nie będzie. Ten weekend będzie należał tylko do nas.
— Dziękuję, tato — powiedziała Ecila, starając się zawrzeć w swoim głosie ulgę, radość i wdzięczność, a ukryć rozczarowanie.
— Posłuchaj, Alice. Wiem, że na razie nie bardzo chcesz ją zaakceptować, ale kiedy poznacie się bliżej to...
— Może zmienię zdanie — dokończyła. — Cieszę się, że się zobaczymy. Zadzwonię jeszcze jutro. A teraz muszę kończyć.
— No dobrze. Do zobaczenia. Dobranoc, córeczko.
— Dobranoc, tato.





Nowy rozdział i nowy szablon. Ostatnio pomyślałam o małej zmianie w wyglądzie, bo w końcu do akcji wkroczyła Ecila i trzeba to jakoś uczcić  :) 

Obserwatorzy