"Emocje, kaprysy i kłamstwa, fascynacja i gra
Uczucia i ich brak...
Dary, których nie wolno przyjąć...
Kłamstwo i prawda.
Czym jest prawda?
Zaprzeczeniem kłamstwa?
Czy stwierdzeniem faktu?
A jeżeli fakt jest kłamstwem, czym jest wówczas prawda?"
Andrzej Sapkowski
Uczucia i ich brak...
Dary, których nie wolno przyjąć...
Kłamstwo i prawda.
Czym jest prawda?
Zaprzeczeniem kłamstwa?
Czy stwierdzeniem faktu?
A jeżeli fakt jest kłamstwem, czym jest wówczas prawda?"
Andrzej Sapkowski
Ecila zostawiła torbę z
książkami na nieposłanym łóżku i zeszła na dół. Z kuchni
dochodził przyjemny zapach pieczonego kurczaka. Dziewczyna
zatrzymała się w drzwiach i przez chwilę obserwowała mamę, która
mieszała coś w garnku.
— Nie stój tak, Alice.
Lepiej nakryj do stołu. Obiad zaraz będzie gotowy — powiedziała
niecierpliwie Jane, odkładając łyżkę.
Nastolatka bez słowa
podeszła do szafki i wyciągnęła z niej talerze, a następnie
sztućce i szklanki. Wszystko to rozłożyła na stole.
— Weź jeszcze kompot —
poleciła kobieta, a sama zajęła się nakładaniem jedzenia na
talerz.
Ecila zauważyła, że mama
jest jakaś nieswoja i podirytowana. Przyczyną tego mogły być
kłopoty w pracy albo... coś innego. Tylko co? Dziewczyna ostatnio
starała się nie kłócić z rodzicielką i unikać sytuacji, w
których mogłaby się zdradzić. Dlatego sądziła, że powodem
rozdrażnienia kobiety nie jest jednak ona.
Przy stole Jane milczała i
niewiele jadła. Ecila zerkała na nią co chwilę, jednak w końcu
zapytała:
— Coś się stało, mamo?
— Nie. Dlaczego?
— No... wydaje mi się,
że jesteś smutna. Nic nie mówisz i mało jesz. Coś w pracy?
— Nie, nie. To nie praca,
ale jestem trochę zmęczona. Nie musisz się o mnie martwić —
powiedziała, uśmiechając się delikatnie do córki.
Kobiety jadły dalej w
ciszy aż Jane odłożyła sztućce i oznajmiła:
— Rozmawiałam z twoim
ojcem.
Widelec w dłoni Ecili
zawisł w drodze do jej ust.
— Widziałaś się z
tatą? Kiedy?
— Nie widziałam. Dzwonił
dzisiaj i chciałby się z tobą spotkać w weekend. Mówił, że do
ciebie zadzwoni dziś wieczorem.
No i się wyjaśniło
— pomyślała Ecila.
— Nie mówił nic więcej?
— zapytała dziewczyna, sięgając po szklankę.
— O szczegółach pewnie
porozmawia z tobą. Spotkasz się z nim?
Ecila przyjrzała się
mamie. Ostatnim razem tak się nie denerwowała. Ciekawe. Czyżby to
była wina Amber Thorn?
Może myśli, że ojciec
będzie chciał mnie do niej przekonać. W gabinecie dyrektorki nie
wyglądały jakby pałały do siebie wielką sympatią.
— Dawno się nie
widziałam z tatą — zaczęła nastolatka. — Dlatego myślę, że
skoro chce się ze mną spotkać to... chyba dobrze.
— No tak — mruknęła
Jane, wstając od stołu. — W końcu to twój ojciec.
— Mamo, czy ty nie
chcesz, żebym się z nim spotkała?
— Macie prawo się ze
sobą spotykać, a co ja chcę nie jest ważne.
— Mamo, co tata ci
jeszcze powiedział? — nalegała
dziewczyna.
— Nic, córciu. — Jane
uśmiechnęła się i szybko zmieniła temat. — Spotkałam dziś
panią Warmth i prosiła, żebym cię zapytała czy nie udzieliłabyś
dzisiaj po południu jej synowi korepetycji z matematyki. Pójdziesz
do nich?
Ecila zmarszczyła brwi.
Jej mama zachowywała się naprawdę dziwnie.
— Jeszcze niedawno nie
chciałaś bym do nich chodziła.
— Nie. Nie chciałam i
dalej nie chcę, żebyś zadawała się z ich starszym synem.
— Dlaczego? — zapytała
buntowniczo Ecila.
Dziewczynie nie podobały
się tajemnice matki. Wciąż jej czegoś nie chciała mówić.
— Bo nie chcę. Jeśli
masz zamiar iść do państwa Warmth to lepiej się pospiesz
—powiedziała Jane i wzięła się za sprzątanie ze stołu.
***
Christopher z cierpiętniczą
miną wpatrywał się w otwarty zeszyt. Zadanie, które kazała mu
rozwiązać Alice było trudne i chłopak mimo próśb nie mógł się
doczekać pomocy.
— Już ci tłumaczyłam
jak to zrobić. Mógłbyś trochę pomyśleć. Myślenie nie boli.
Dwunastolatek podniósł
wzrok na siedzącą obok niego dziewczynę i westchną ciężko.
— Pomóż mi. Tylko
kawałeczek, Al.
— Nie. Na sprawdzianie
będziesz musiał robić takie zadania sam. Mnie tam nie będzie —
powiedziała stanowczo nastolatka. — I nie gap się na mnie tylko
na kartkę. Na czole nie mam napisanego rozwiązania.
Po kwadransie i kilku
próbach Chris uśmiechnął się zadowolony i wykrzyknął:
— Koszt będzie mniejszy
o dwadzieścia pięć procent!
Dziewczyna przeciągnęła
się na łóżku i ze wzrokiem wbitym w sufit odpowiedziała:
— Nie. Próbuj dalej.
Christopher zacisnął usta
i szybkim ruchem zamknął zeszyt, a następnie cisnął go przed
siebie.
— Nie znoszę zadań
tekstowych i procentów. Mam dość matematyki!
Był zdenerwowany, a jego
złość podsycił śmiech brunetki, która usiadła prosto na łóżku
i rzuciła chłopcu rozbawione spojrzenie.
— No i dlaczego się
śmiejesz?!
— Bo jesteś zabawny.
— To nie jest zabawne.
Miałaś mi pomóc, a nie leżeć i się ze mnie śmiać — odezwał
się obrażony.
— Śmieje się, bo jesteś
głupi i zachowujesz się jak rozkapryszone dziecko, które z niczym
nie potrafi sobie poradzić. A gdybyś bardziej uważał na lekcjach
to nie musiałabym tu z tobą siedzieć. To naprawdę idiotyczne.
Potrafisz przechodzić kolejne poziomy gry i zabijać jakieś stwory,
a nie umiesz obliczać procentów.
— Wcale nie jestem głupi.
To ty jesteś głupia!
— Lepiej idź i podnieś
zeszyt — poleciła siedemnastolatka, a niedawne rozbawienie
zupełnie znikło z jej głosu.
— Nie — zbuntował się
Chris, zakładając ręce na piersi.
— Świetnie. W takim
razie wracaj do swojego świata gier. Zobaczymy co będzie na
sprawdzianie.
Chłopak zacisnął pięści
i poczuł, że na policzkach rozlewa mu się rumieniec złości. Bez
słowa wpatrywał się w twarz Alice aż w końcu powiedział:
— Wolałem jak byłaś
blondynką. Wtedy byłaś dla mnie milsza. Teraz cię nie lubię i
nie chcę, żebyś mnie uczyła.
— Tobie to chyba nic nie
pomoże. Nawet jakbyś wsadził całą głowę do wiadra z farbą.
— Spadaj, Al.
— Już idę. Powodzenia w
nauce matematyki, Chris — odparła brunetka, uśmiechając się
ironicznie.
— Poradzę sobie. Jeszcze
zobaczysz.
Ecila z ulgą wyszła na
korytarz. Miała już serdecznie dość tego durnego dzieciaka, który
wciąż tylko jęczał i nie potrafił przez chwilę samodzielnie
pomyśleć. Podejrzewała, że matka Christophera nie będzie
zadowolona, kiedy usłyszy o postępach w nauce chłopca, a raczej
ich braku, ale w końcu to nastolatka była tutaj korepetytorką i
zawsze może próbować przekonywać Laurę o swoich staraniach.
Schodząc na dół,
dziewczyna rozglądała się dyskretnie w nadziei, że zobaczy gdzieś
Matthew. W końcu po to tu przyszła. Jednak widocznie szczęście
jej dzisiaj nie dopisywało, bo jak na złość, dziewiętnastolatek
nigdzie nie chciał się pokazać.
I wtedy usłyszała
szczekanie psa, a po chwili zobaczyła biegnącego w jej stronę
retrievera. Czworonóg usiadł u jej stóp, przy okazji zamiatając
podłogę puchatym ogonem.
— Cześć, Tajfun —
przywitała się z psiakiem Ecila, a następnie spojrzała w stronę
salonu, z którego wybiegło zwierzę. — Gdzie twój pan?
Brunetka pochyliła się z
zamiarem pogłaskania psa po łbie, ale Tajfun odsunął się i
szczeknął, jak się wydawało dziewczynie, w wyrazie protestu.
— Daj spokój, piesku.
Nie poznajesz mnie? No chodź.
Zwierze podeszło ostrożnie
i powąchało wyciągniętą dłoń, a później warknęło cicho.
On wie — pomyślała
Ecila i cofnęła się. — On wie, że nie jestem Alice.
Ciemnobrązowe oczy
czworonoga patrzyły na nią nieufnie. Było jasne, że uważał ją
za kogoś obcego.
— Alice?
Nastolatka podniosła wzrok
i zobaczyła idącego w jej stronę Matthew. Chłopak uśmiechnął
się do niej i po chwili stanął obok psa, który trochę uspokoił
się, czując bliskość właściciela.
— Matt, miło cię
widzieć — odezwała się Ecila.
— Prawie cię nie
poznałem. Korepetycje skończone?
Brunetka czuła na sobie
intensywne spojrzenie dziewiętnastolatka, a jej mózg pracował na
pełnych obrotach. Na górze siedział obrażony dzieciak, który
dalej nie rozumiał tematu, a kilka kroków przed dziewczyną
nieprzyjaźnie nastawione psisko. Trzeba było jakoś z tego wybrnąć.
— Obawiam się, że to
nie jest dobry dzień na korepetycje — zaczęła ostrożnie
nastolatka, decydując się na półprawdę.
— To znaczy?
— Ech... Po prostu Chris
dziś nie może za bardzo się skupić, a i mnie brakuje
cierpliwości, by z nim siedzieć. Wciąż myślę o... zresztą
nieważne. Twoja mama nie musi mi za dzisiaj płacić.
— Masz jakieś problemy?
Ecila uśmiechnęła się
lekko, słysząc troskę i zaniepokojenie w głosie Matthew. Może
zdobycie go nie będzie takie trudne jak wcześniej myślała.
— Nic wielkiego, ale
jestem trochę poddenerwowana i przez to niepotrzebnie pokłóciłam
się z Chrisem.
— Nie martw się tak.
Chris czasem bywa nieznośny.
— Ale to jeszcze dziecko,
a ja powinnam go nauczyć tych głupich procentów. Po to tu
przyszłam. A co zrobiłam? Posprzeczałam się z dwunastolatkiem.
Ecila westchnęła ciężko
i pokręciła ze zrezygnowaniem głową.
— Widzisz? Jestem
beznadziejna. Przyszłam tu i nie dość, że nie potrafiłam dogadać
się z Chrisem to jeszcze zadręczam cię takimi głupotami. No i
nawet nie zapytałam co u ciebie.
— Jak chcesz to mogę cię
odprowadzić do domu i opowiedzieć przy okazji co u mnie. A młodym
się nie przejmuj. On się uspokoi, ty odpoczniesz i się pogodzicie.
To jak?
— Zgoda — powiedziała
nastolatka, uśmiechając się do blondyna.
— A ty, piesku? No co?
Chcesz się z nami przejść? —
zwrócił się do czworonoga Matt.
Kiedy Tajfun zobaczył, że
dziewczyna robi mały krok do przodu zawarczał cicho i uciekł do
kuchni. Matthew zmarszczył brwi i ze zdziwieniem obserwował
zmykającego pupila.
— A jemu co się stało?
— Jak widać nikt dziś
nie może ze mną wytrzymać — zażartowała brunetka.
— Ja jeszcze nie zwiałem.
— Jeszcze — podkreśliła
Ecila i skierowała się do wyjścia, licząc na to, że nie spotka
nigdzie pani Warmth.
— Spokojnie możesz
wykreślić słówko „jeszcze”. — Uśmiechnął się Matt. —
A Tajfun pewnie cię nie poznał przez ten nowy kolor włosów.
— Pewnie tak. A może
wyczuł farbę i mu się nie spodobał ten zapach?
— Bardzo możliwe —
zgodził się blondyn, otwierając furtkę i przepuszczając
nastolatkę.
— Dzięki — mruknęła
i szybko zmieniła temat. — No to, co tam u ciebie słychać? Jak
zespół?
— Dobrze. W następny
weekend gramy koncert.
— Gdzie i kiedy
dokładnie?
— W sobotę o dwudziestej
w klubie „Bloody Mary”.
— Zabójcza nazwa.
Matthew roześmiał się i
niby od niechcenia zapytał:
— Może przyjdziesz?
— Może — Uśmiechnęła
się Ecila i wzruszyła ramieniem.
— Może? A może dasz
znać, kiedy będziesz pewna?
— Może dam — zaśmiała
się nastolatka i odrzuciła do tyłu ciemne loki. — Ale najpierw
ty musisz dać mi swój numer.
Chłopak zatrzymał się i
zaczął grzebać w kieszeni spodni.
— Jasne, już ci daję. —
Uśmiechnął się nerwowo, jakby zawstydzony, że zapomniał o tak
oczywistej rzeczy.
A może nie to wprawiło
go w zakłopotanie? — zastanawiała się Ecila. — Może
myśli, że ja go podrywam albo on próbuje mnie poderwać i stąd
to zaproszenie? Czyżby był aż tak nieśmiały? Sprawdzimy.
Kiedy dziewczyna
miała już zapisany w telefonie numer do Matthew, zagadnęła:
— Nie wiesz czy Ann też
przyjdzie?
— Nie wiem, ale pewnie
tak. Wydaje mi się, że ona i Felix ze sobą kręcą.
— Widziałam ich razem na
urodzinach Ann. I nie tylko ich. Znasz może Alexandrę? Taką
ciemnowłosą dziewczynę w glanach. Mówiła, że się znacie.
— Alex? Poznałyście
się? Nawet nie miałem pojęcia, że tam była — powiedział Matt
zaskoczony i Ecili wydawało się, że zbladł. — Co... co o mnie
mówiła?
— Właściwie to nic
specjalnego — skłamała siedemnastolatka.
— Tak?
— Nic czego bym o tobie
nie wiedziała wcześniej.
— To znaczy?
— Zaskoczyłeś mnie,
kiedy nagle pojawiłeś się na urodzinach. Ann nie mówiła, że
przyjdziesz, ale później dowiedziałam się dlaczego tam byłeś —
zaczęła dziewczyna, nie odpowiadając wprost na pytanie blondyna. —
Przykro mi, że rozstałeś się z Robertem.
Na pobladłej twarzy
chłopaka nagle pojawił się rumieniec.
— Wiedziałaś, że
spotykałem się z Robertem?
— Tak. Widziałam was
kiedyś razem. Wyglądaliście na szczęśliwych.
Ecila obserwowała jak
Matthew zaciska usta i spuszcza głowę. Była ciekawa co myśli.
— Nie wiedziałem, że
wiesz — wykrztusił w końcu.
— Daj spokój, Matt. To,
że wolisz chłopaków nie ma znaczenia. Nie jestem jakimś
homofobem.
Brunetka doskonale udawała
dobrą przyjaciółkę, licząc na to, że Matthew w przypływie
jakiejś desperacji zrobi krok, dzięki któremu będzie mogła
ocenić czy ona mu się podoba czy nie.
— Nie jestem gejem —
powiedział cicho, nie patrząc dziewczynie w oczy.
— Jestem twoją koleżanką
i nie przeszkadza mi to kim jesteś — zapewniła łagodnie.
— Nie rozumiesz. Ja
naprawdę nie jestem gejem.
— Jasne, że nie jesteś.
W końcu Alex była twoją dziewczyną.
Matthew w końcu spojrzał
na nastolatkę. Jego niebieskie oczy wyrażały zdumienie. Stał tak
przez chwilę zdziwiony z rozchylonymi ustami aż rumieńce na jego
twarzy zbladły.
— To też wiesz?
— Alex mi powiedziała,
że byliście kiedyś razem. No cóż... To, że nie chcecie się
nawzajem pozabijać dobrze o was świadczy.
Blondyn stał nieruchomo,
więc Ecila stwierdziła, że na dzisiaj wystarczy gnębienia
biednych chłopców i otworzyła furtkę.
— Dziękuję za
odprowadzenie mnie i za zaproszenie na koncert. Zadzwonię do ciebie
i dam ci znać.
— Nie ma za co —
wymamrotał Matt, który chyba zdążył się w końcu pozbierać.
— No to... do zobaczenia.
— Do zobaczenia, Alice.
Ecila uśmiechnęła się
ciepło i odeszła w kierunku domu.
***
Brunetka z niechęcią
wpatrywała się w stos książek i zeszytów, leżących na biurku.
Zostały jej jeszcze do odrobienia dwa zadania z matematyki, jedno z
angielskiego i przeczytanie następnego tematu z biologii.
Boże, jak się tej
Alice to wszystko chciało robić — zastanawiała się Ecila,
która chętnie spisałaby pracę domową od Ruby, gdyby tylko leżało
to w zwyczajach blondynki. Ale nie, Alice była nadzwyczaj
obowiązkowa i nie posunęłaby się do wykorzystywania przyjaciółki.
A bez przygotowania dziewczyna też nie mogła pokazać się w
szkole.
— Cholera jasna —
mruknęła do siebie, z cierpiętniczą miną zabierając się do
rozwiązywania zadania z matematyki.
Po godzinie i kilku
przekleństwach Ecila opadła na łóżko, oddychając z ulgą.
Zrobiła! Praca domowa odrobiona. I wtedy ni z tego ni z owego
przypomniała sobie o Victorii. Dzisiaj była w szkole, ale unikała
jej jak ognia. Nie zbliżała się do niej, nie odzywała się do
niej, nawet do jej koleżanek, a co więcej, nie patrzyła nawet w
jej stronę. A przynajmniej próbowała. Oczywiście, wraz z
pojawianiem się Victorii w szkole odżyły plotki, ale i te
blondynka postanowiła ignorować.
Muszę z nią
porozmawiać — pomyślała Ecila. — W końcu zależy nam
na tym samym. Tylko powinnam wybrać dobry moment, a wtedy na
pewno...
W pokoju rozbrzmiał
dźwięk telefonu. Brunetka z jękiem protestu podniosła się i
wygrzebała komórkę z torby.
— Cześć, tato —
odebrała, uprzednio zerkając na wyświetlacz.
— Cześć, córeczko. Co
słychać?
— Wszystko dobrze —
odpowiedziała Ecila, siadając z powrotem na łóżko.
— A w szkole?
Nastolatka zerknęła na
porozrzucane po biurku książki i skrzywiła się na wspomnienie
tych wszystkich nudnych i jej zdaniem bezsensownych prac domowych
jakie ostatnio odrabiała.
— Też dobrze.
— Tak? Ostatnio
słyszałem, że miałaś jakieś kłopoty. Pobiłaś się z
koleżanką.
— Tak? A to ciekawe. Nie
pamiętam, żebym kiedykolwiek biła się z koleżanką — odezwała
się poirytowana Ecila, podkreślając słowo „koleżanka”.
— Alice — usłyszała
karcący głos ojca.
— No co? To nic
wielkiego. Mama nie musiała ci o tym opowiadać — powiedziała
urażona.
— Nie usłyszałem tego
od Jane.
— Jak nie od mamy to od
kogo? — zapytała Ecila, ale doskonale znała odpowiedź. Była
tylko ciekawa czy jej ojciec wyda swoją nową dziewczynę.
— Aniołku, naprawdę nie
chcę się z tobą kłócić — zaczął łagodnie. — Co się
stało to się stało. Nie mówmy teraz o tym. Właściwie to
chciałem cię zaprosić na weekend. Dawno się nie widzieliśmy, a
twój stary ojciec zdążył się stęsknić za swoją jedyną
córeczką.
Dziewczyna przewróciła
oczami na tak jawny i beznadziejny sposób ułaskawienia jej. Czyżby
własny ojciec uważał ją za idiotkę? No cóż, chyba dla dobra
sprawy powinna udać, że jednak jest kompletnie głupia i dała się
nabrać na takie tanie sztuczki.
— Ja też się za tobą
stęskniłam, tato — odezwała się, przybierając miły ton głosu.
— A co będziemy robić?
— Co tylko chcesz —
zapewnił Thomas z ulgą.
Brunetka uśmiechnęła się
do siebie. Musiała przyznać, że mimo wszystko na każdym spotkaniu
starał się być dobrym i kochanym ojcem. Nie raz zabierał Alice do
kina, teatru, na kolacje, wesołego miasteczka, zakupy, na basen,
oglądali filmy, a nawet raz piekli razem szarlotkę z cynamonem –
ich ulubione ciasto.
— Dobrze — odparła
Ecila z radością w głosie. — Już jutro piątek, więc pomyślę
i zadzwonię jutro po południu.
— Cieszę się, że się
zobaczymy.
— Ja też — zapewniła
szybko i zapytała jeszcze. — Ale Amber nie będzie, prawda?
W słuchawce zapadła
cisza. Brunetka czekała w napięciu. Liczyła, że uda jej się
spotkać z tą kobietą i może coś wskórać.
— Nie, nie będzie. Ten
weekend będzie należał tylko do nas.
— Dziękuję, tato —
powiedziała Ecila, starając się zawrzeć w swoim głosie ulgę,
radość i wdzięczność, a ukryć rozczarowanie.
— Posłuchaj, Alice.
Wiem, że na razie nie bardzo chcesz ją zaakceptować, ale kiedy
poznacie się bliżej to...
— Może zmienię zdanie —
dokończyła. — Cieszę się, że się zobaczymy. Zadzwonię
jeszcze jutro. A teraz muszę kończyć.
— No dobrze. Do
zobaczenia. Dobranoc, córeczko.
— Dobranoc, tato.
Nowy rozdział i nowy szablon. Ostatnio pomyślałam o małej zmianie w wyglądzie, bo w końcu do akcji wkroczyła Ecila i trzeba to jakoś uczcić :)